If you're seeing this message, it means we're having trouble loading external resources on our website.

Jeżeli jesteś za filtrem sieci web, prosimy, upewnij się, że domeny *.kastatic.org i *.kasandbox.org są odblokowane.

Główna zawartość
Aktualny czas:0:00Całkowity czas trwania:15:29

Transkrypcja filmu video

Teraz wszyscy mówią o inflacji i deflacji. Ja też. Bo to ważne. A żeby wyrobić sobie zdanie, trzeba coś o inflacji wiedzieć. Mam tu zrzut ekranu ze swojego terminala Bloomberg, z koszykiem dóbr, podstawą wskaźnika CPI. Wpływa on na wszystko, od oprocentowania skarbowych papierów wartościowych zabezpieczających przed inflacją, poprzez wysokość i szybkość wzrostu zasiłków, po umowy związkowe i emerytury. Ten koszyk dóbr mówi, czym jest inflacja. Przeglądając go, możecie porównać własne wydatki z wydatkami typowego, zdaniem rządu, gospodarstwa domowego. Rząd mówi, że typowe gospodarstwo domowe wydaje 15,7% swojego dochodu rozporządzalnego… czyli kwoty, którą zabieracie, po odprowadzeniu podatków. Zatem 15,7% idzie na żywność i napoje. Sensownie. Ciekawsze są podzielone wydatki. Bardzo szczegółowo! Urząd Statystyki chce określić, ile wydajecie na jajka, ryby, drób, pieczywo… I dobrze. Bo np. wszystkie ceny są stałe, tylko cena jajek rośnie, ponieważ dieta Atkinsa wróciła do łask. Wtedy mamy podstawy do określenia, dlaczego inflacja idzie w górę, albo nawet czy jeszcze pójdzie w górę. To ciekawe. Główne kategorie to żywność i napoje, mieszkanie… Wrócę do tego, bo to bardzo ciekawa dziedzina. Mieszkanie stanowi dużą część CPI. Zajmuje dużo miejsca w krajobrazie gospodarczym, zwłaszcza od 10 lat. Teraz – to istotny element przyczyniający się do kryzysu. Mieszkanie pochłania 43% dochodu rozporządzalnego. Odzież: 3%, Transport: 15%. To obejmuje pojazdy nowe, 4%, używane auta osobowe i furgonetki. Ustalają, jaki procent Amerykanów jeździ nowymi autami, a jaki – starymi. Doliczają też paliwo. W rozmowach o inflacji i deflacji często słyszę argument, że Chiny i Indie będą się rozwijać dalej, więc ceny ropy naftowej, paliwa, będą rosnąć. Wcześniej mówiło się o tym więcej, ale teraz też pada ten argument. W kraju rozwiniętym paliwo silnikowe, chociaż kosztuje, to nie stanowi wielkiej części waszych wydatków całkowitych. Zwłaszcza w porównaniu z mieszkaniem. Jedźmy dalej: opieka zdrowotna – 6%. Rekreacja… Rozbijają to, sprawdźcie. Urząd Statystyki Pracy też opublikował koszyk, choć mnie było łatwiej ściągnąć dane stąd. Edukacja: średnio 3%. Posyłając dzieci na studia, wydacie więcej, ale tu jest średnia. I wreszcie inne dobra i usługi: tytoń itp. Ciekawa lektura! Rozmawiając o tym, co może napędzać inflację, trzeba ważyć te czynniki, jak przy wskaźniku CPI, żeby określić, jaki będzie ich rzeczywisty wpływ. A teraz – zauważcie, że najwięcej pieniędzy idzie na mieszkanie. To sensowne. Mieszkanie pochłania duży procent dochodu rozporządzalnego wielu osób na Zachodzie. Jeśli mieszkacie w kraju trzeciego świata i jest wam ciężko, to gros wydatków pochłonie żywność. Może dom też, jeśli go zbudowaliście. A w społeczeństwach rozwiniętych mieszkanie pochłania lwią część. Omówię pewien często poruszany temat. Mish z Global Economic Analysis prosił, żebym to wyjaśnił. Mieszkanie jedni wynajmują, inni kupują. 6% wagi całego koszyka stanowi czynsz, a 24-25% - coś, co nazywają właścicielskim ekwiwalentem opłaty za wynajem głównego miejsca zamieszkania. Tak próbują zmierzyć, ile wydają na życie właściciele domów. Co ciekawe, wychwyciliście to pewnie: mówią „właścicielski ekwiwalent czynszu”. To obecna metodologia. Nie pytają o raty kredytu hipotecznego. Nie pytają, ile kosztuje was kupno domu i jego amortyzacja w jakimś sensownym okresie. Mówią, ile kosztowałoby wynajęcie tego domu. Wahają się – czasami szukają podobnych domów i dowiadują się o czynsz… Kiedyś w ankietach pytali ludzi, ile kosztowałoby wynajęcie ich domu. Jeszcze mniej rzetelny wynik. Chodzi o to, że nie uwzględniają hipoteki. To widać w ważeniu. Patrząc na te liczby, zdziwiłem się: „66% ludzi ma domy na własność, dlaczego ta liczba nie stanowi 66% tej?”. Wynosi 80%. Ale dobrze: bo w domu mieszka więcej osób. 66%… gospodarstw domowych ma domy, ale są one duże, dla wielu mieszkańców. Można przeliczać na osoby, na powierzchnię… Opłaty za domy powinny stanowić wyższy procent. Ale ciekawa jest ta wartość. Zwłaszcza gdy dodamy to i to – mieszkanie pochłania 30% dochodu rozporządzalnego. Tradycyjnie, dla banków jest to próg przyznania kredytu. Rata kredytu nie może przekraczać 1/3 dochodu rozporządzalnego. Ale wiemy, zwłaszcza po ostatniej bańce na rynku nieruchomości, że mieszkanie pochłania znacznie większą część dochodu rozporządzalnego. Zastanawiacie się, dlaczego przyznali tylko 30%? Bo stosują właścicielski ekwiwalent czynszu. Nie mówią o wysokości rat. Chociaż raty kredytu i cena domu mogą być niebotyczne, nie odbija się to we wskaźniku CPI. I tak jest od początku lat 80. To dane ze strony internetowej Biura Statystyki Pracy. Napisali… To pustosłowie. Skopiowałem to z ich strony: „Do początku lat 80. CPI metodą wyceniania aktywów mierzył koszt mieszkania zamieszkanego przez właścicieli”. To ma sens. Nie wiem, czy porównywali aktualne ceny domów z tymi z poprzedniego roku, i to uwzględniali w obliczeniach, czy określali wagi na podstawie rat kredytów. Ogólnie – to dobry sposób. Albo raty kredytu, albo ceny domów. „Metoda wyceny aktywów traktuje nabycie domu tak jak nabycie innych dóbr”. „Metoda wyceny aktywów może prowadzić do niewłaściwych wyników”. To kluczowy fragment. „Metoda wyceny aktywów może prowadzić do niewłaściwych wyników dla dóbr nabywanych jako inwestycje”. Zgadzam się z tym. Jeśli kupujemy, by zainwestować, jeśli kupuję złoto – to może nie powinno to być ujęte w CPI, bo chodzi o inwestycje czy giełdę. Dalej jest już nielogicznie. Piszą: „…do niewłaściwych wyników dla dóbr nabywanych jako inwestycje. Dlatego CPI wprowadza pojęcie ekwiwalentu czynszu do pomiaru cen domów zamieszkanych przez właścicieli”. Bez sensu! „Zamieszkany przez właściciela” to nie „kupiony dla celów inwestycji”. Argument jest dobry, gdy kupujecie dom pod wynajem albo wakacyjny. W odniesieniu do domów zamieszkanych przez właścicieli - to bez sensu. Z ich rozumowania wynika, że nie ma powodu przechodzić na metodę ekwiwalentu czynszu. Mówię o tym dlatego, że na początku lat 80., chyba w 1983 r.… tu jest napisane: w styczniu 1983 r. Ponieważ zmienili metodę, inflacja, którą widzieliśmy w cenach domów, zwłaszcza ostatnia bańka na rynku nieruchomości, nie weszła do danych nt. inflacji. Jest zaniżona. To widać tu. Dwie sprawy: zaniżono inflację i samo ważenie też. Mish zamieścił kilka postów. Pisze, że powinno się tu stosować wskaźnik Case’a-Shillera, zamiast tego ekwiwalentu czynszu. Pójdę o krok dalej. Nie tylko trzeba by stosować wskaźnik Case’a-Shillera, ale też kalibrować ważenie. Powinno się pytać ludzi: „Jaki procent dochodu rozporządzalnego idzie na kredyt hipoteczny i inne sprawy związane z posiadaniem domu?”. Zwłaszcza w ciągu ostatnich 7 lat… jestem prawie pewien, że byłoby to więcej niż 30% dochodu rozporządzalnego. Nie tylko zaniżono tę wartość, czy jej wzrost, bo nie uwzględniono wzrostu cen domów. Sama waga była zaniżona. Zorientujecie sie, jak bardzo… jest wskaźnik Case’a Shillera. Możecie o nim poczytać. Według mnie, to najlepszy wskaźnik wzrostu i spadku cen domów. Widać, że od 2001 do 2006, ceny domów rosły o 10-15% rocznie. Gdyby skorzystać z tego zamiast z ekwiwalentu czynszu, to… nie mam wykresu czynszów, ale nie rosły w takim tempie. Już raczej ludzie przenosili się z mieszkań do domów. Czynsze były dość stabilne. Ale 10-15% - to wzrost rok po roku, tak jest na wykresie. 10-15%. Jeśli zważycie to jako 30% koszyka CPI, to podawana wartość inflacji była zaniżona o 3-5% rocznie. Moim zdaniem, w tym okresie waga powinna wzrosnąć: więcej dochodu rozporządzalnego szło na raty kredytu hipotecznego. Czyli zaniżono to jeszcze bardziej. Waga powinna wynosić raczej 40%, i moglibyście powiedzieć: „Zaniżacie ją o 4-6%”. A tutaj mamy podawane wartości CPI. W tym okresie realna inflacja powinna być tutaj. Gdy mamy deflację cen domów… to jest zero. Najnowsze wartości wskaźnika Case’a-Shillera mówią, że ceny domów zmalały o 20%. Teraz zaniżamy deflację. Chociaż CPI wynosi około zera, to przy uwzględnieniu realnych cen domów, bez czynszów, liczba powinna mieć znacznie niższą wartość ujemną. Mish zrobił wykres w swoim blogu. Polecam wam ten blog. Wpiszcie „M-I-S-H” w wyszukiwarkę. To z jego blogu, muszę zaznaczyć. Umieścił na wykresie wartości inflacji, które podawano. To na niebiesko. A potem nałożył na to, jak sam go nazwał, indeks CPI Case’a-Shillera, na czerwono. Tu, zwłaszcza w okresie boomu domów, widać wartości inflacji podawane przez rząd. Szczyty są na poziomie 4-5%, a to wcale nie jest tak mało. Dlatego federalni zaczęli podwyższać stopy procentowe właśnie wtedy, w najgorszym możliwym momencie. Spójrzmy na CS CPI, czyli CPI Case’a-Shillera. Widać, że realna inflacja osiągnęła szczyt… zobaczmy… Na poziomie 8%. Jeśli to była wartość rzeczywista, której używali Federalni, było to skuteczne narzędzie polityczne, bo w styczniu 2003 r. inflacja podskoczyła. Wiedzieliby, że ich polityka pieniężna tu była zbyt swobodna. Mogliby uniknąć efektu jak w 2007 i 2008 r. Powiem więcej: nawet ta wartość zaniża rzeczywiste wyniki. Tutaj, wziął wartości CPI i podstawiał kolejne lata do tego samego ważenia, co obecne wartości CPI. Gdyby to zważyć na podstawie części dochodu rozporządzalnego wydawanych na hipotekę, to raczej wyglądałoby to tak. Zobaczylibyście skok inflacji. Na poziomie 10-11%. Dużo się mówi o potencjalnych przyczynach. Jeden argument głosi, że dużo rządowych, a nawet korporacyjnych pasywów indeksuje się ze względu na inflację. Indeksuje się ze względu na inflację. Z drugiej strony, sprzedaż domów powoduje, że majątek przenosi się z jednego pokolenia na drugie. Zwłaszcza przy dużym wzroście cen. Gdyby robili to celowo, a sądzę, że robią, to ceny domów mogą podskoczyć. A gdy ceny domów bardzo rosną, to bogactwo przenosi się z nowego pokolenia nabywców na pokolenie emerytów. Pomaga to subsydiować emerytów. Jednocześnie, wyłączając to z indeksu CPI, utrzymujemy rządowe i korporacyjne aktywa na niskim poziomie. Teraz ubezpieczenia społeczne są indeksowane pod względem CPI. Jeśli więc wartości CPI nie rosną tutaj, nie musicie podwyższać zasiłków. Za to wciskacie ludziom kit: „Po uwzględnieniu inflacji, radzicie sobie lepiej niż pokolenie waszych rodziców. A przy okazji… teraz stać was na 1/3 domu”. Propagowano to. Teraz wszystko się zmienia. Zapamiętajcie jedną informację. Indeks CPI to narzędzie stworzone przez rząd. Opiera się na badaniu rynku, a ankiety zmieniają się przez lata. A to znacząco wpływa na prawdziwe wartości. Rząd korzysta z tego, by wmawiać ludziom różne rzeczy. Do następnego odcinka!